Mam tylko 12 godzin na zwiedzanie Belgradu…

Pierwszy raz miałem okazję lecieć tymi liniami

Pierwszy raz miałem okazję lecieć tymi liniami

12 godzin to dużo i mało.

Można je przeleżeć, jak ktoś szybko czyta to i książkę przeczytać, obejrzeć kilka filmów.

Lądując w Belgradzie, od razu podjąłem decyzję – za żadne skarby świata nie będę siedział w hali odlotów!!

Jest zimno – 10 stopni, ale i tak mi to nie przeszkadza w wyjściu z lotniska. Skoro tutaj jestem, to jadę do do centrum chociaż na chwilkę. Nie wiem kiedy i czy tutaj jeszcze wrócę. Każda okazja jest dobra, aby odkryć coś ciekawego i nowego.

Pierwszego ZONGA zaliczam już przy bankomacie:

– Ile wypłacić kasy? – odwieczny problem na start.

Bilet do Centrum plus reszta z 2000 dinarów - jeszcze nie doliczyłem się ile właśnie wydałem

Bilet do Centrum plus reszta z 2000 dinarów – jeszcze nie doliczyłem się ile właśnie wydałem

Nigdy tutaj nie byłem, nie znam wartości tej waluty, przelicznika i cen lokalnych towarów. Trudno, trzeba zaryzykować. Jest ryzyko, jest zabawa. Biorę 2000 dinarów serbskich i idę na przystanek autobusowy, mijając po drodze informację turystyczną, gdzie otrzymuję darmową mapę miasta i kilka porad jak dojechać, co zobaczyć, ile mniej więcej co powinno kosztować.

Moja osobista mapka po atrakcjach Belgradu

Moja osobista mapka po atrakcjach Belgradu

Miłe zaskoczenie na początek wizyty.

Zaopatrzony w tą wiedzę i kasę, wciskam się do malutkiego autobusiku i ruszam w tym mrozie odkrywać Belgrad.

Kierunek Beogradska autobuska stanica – prawda, że łatwe do zrozumienia? Kto próbował kiedykolwiek posługiwać się językiem czeskim, słowackim czy chorwackim, nie powinien mieć problemu w zrozumieniu Serba. Przynajmniej w stopniu podstawowym.

Jeszcze Sawa

Jeszcze Sawa

Mijam dzielnice Nowego Belgradu (Novi Beograd), podziwiam widoki za oknem. Trochę przypomina mi się Bukareszt, trochę Sofia, ale to nie ten sam klimat. Autobus przejeżdża przez Stari savski most z którego już widać rozciągającą się panoramę miasta. Z przystanku kieruję się do placu pijaca Zeleni velec. Tutaj też włącza mi się lampka – „pytajka”. O co chodzi z tymi dekoracjami sprzedawanymi na targu, stroiki świąteczne, obrusy, serwety. Atmosfera bardziej przed wigilijna, niż sylwestrowa. A mamy 30 grudnia.

Dalej pod górkę, mozolnie krok za krokiem zbliżam się do celu mojej wędrówki – Knez Mihailova – głównej ulicy miasta.

U nas już ani śladu jarmarku a tutaj proszę

U nas już ani śladu jarmarku a tutaj proszę

Tutaj także moim oczom ukazały się liczne stragany świąteczne, całe miasteczko na wzór tych niemieckich, oferujących jedzenie, napoje, grzańce, ale także słodycze i ozdoby świąteczne. Przyjmuję założenie, że taki mają tutaj klimat i zapewne taka promocja po świętach, albo też tak bardzo kochają ten nastrój świąteczny, że trudno im się z nim rozstać.

Główną arterią miasta, zamkniętą dla ruchu samochodowego podążam w kierunku Beogradskiej tvrdavy – położonej na splocie dwóch rzek Dunaju i Sawy, twierdzy Belgradzkiej.

Twierdza dumnie wznosi się ponad miastem

Twierdza dumnie wznosi się ponad miastem

Po drodze mijam i podziwiam kolorowe kamienice, coraz lepiej odrestaurowane. Nie widać śladów wojny, przynajmniej w tej części miasta. Stolica dość szybko się podniosła po zniszczeniach i pożodze. A może to tylko pozory z frontu.

Cytadelę obchodzę dookoła, ale nie decyduję się na wejście do środka. Robi się coraz bardziej zimno i próbuję zapanować nad przenikającym mnie chłodem.

Cel numer jeden osiągnięty

Cel numer jeden osiągnięty

Spacer w takim mrozie nie był jednak dobrym pomysłem, ale kojarzę, że mijałem kilka interesujących lokali oferujących lokalną kuchnię, co z kolei inspiruje mnie do mojej ulubionej części odkrywania miejsc w podróży czyli jedzenia.

Jak już tu jestem, nie byłbym sobą, gdybym jakiegoś specjału nie skosztował. Witam się z Panią hostessą, która prowadzi mnie do stolika dla palących!!! Już zapomniałem jaki to klimat, gdy w jednej knajpie jest strefa dla palących i niepalących.

Miałem nie jeść, ale menu jakoś tak samo wpadło w łapki

Miałem nie jeść, ale menu jakoś tak samo wpadło w łapki

Zapytany czy będę jadł, odpowiadam, że tylko picie, ale zdanie zmieniam w mgnieniu oka, śledząc egzotyczne (dla mnie) nazwy potraw.

Atmosfera w lokalu jak z filmów polskich lat 80. Tak to zapamiętuję. Starsze panie w futrach (na co komu futro w knajpie?), panowie eleganccy, wszyscy popijają jakieś trunki w filiżankach i kieliszkach,  smakując jednocześnie zakąski, regularnie acz dyskretnie donoszone przez kelnera.

C.D.N

Data wpisu by Julek in Jedzeniowo, Serbia, Wszystkie, Zapiski

About Julek

Jestem podróżnikiem, trochę marzycielem. Ścigam się z czasem, aby za życia zwiedzić jak najwięcej. Tworzę swoją własną historię. Przyłącz się.

  • Też miałem okazję zwiedzić Belgrad w podobnym czasie. Żałuj, że nie wszedłeś na Kalemegdan, z murów rozciąga się wspaniały widok, szczególnie ujście Sawy do Dunaju. Piękne miasto, ale z Bukaresztem mi się nie kojarzyło.

    • Żałować nie żałuję bo traktuję zawsze każdy wyjazd (zwłaszcza taki krótki) jak wyzwanie do dłuższego powrotu. Bardzo za to dziękuję za wskazówkę i podpowiedź. W Bukareszcie byłem ostatni raz jakieś 25 lat temu więc może stąd taka rozbieżność :-) a może wtedy jako młody łepek za dużo nie zakodowałem.

      • Oj, 25 lat temu to Bukareszt się po Ceausescu podnosił dopiero. Ja mam informacje sprzed 5 i 4 lat 😛 Dla mnie wtedy Bukareszt był Połączeniem Warszawy z Lwowem.

  • Pingback: W pierwszą rocznicę blogowania …. | Julek w podróży()

Translate »