Jakiś Meksyk w tym New Yorku

Alkohol leje się strumieniami

Alkohol leje się strumieniami

Potrzebuję chyba na początek kawy bo ta opowiastka inaczej nie pójdzie!

A ja właśnie sobie uświadomiłem, że w Nowym Jorku nie spróbowałem tej słynnej kawy ze Starbucksa z ciastkiem cynamonowym. Fakt, kawę mają niezłą, ale czy tak mnie na kolana powala – hmmm. Ważne, że mam swoją dawkę dzienną kofeiny i uderzenie energii po czarnym płynie i ciastku słodkim jak cholera.

Teraz mogę iść imprezować.

Zatem, siedzimy sobie w ogródku Lucy’s baru, popijamy pyszne Margarity i co ?

Przychodzi pani kelnerka i najuprzejmiej jak tylko potrafi (amerykanie umieją być uprzejmi i uśmiechnięci oj tak), informuje nas, że za 15 minut ogródek zamykają, bo jest rezerwacja na jakąś tam imprezę. Poza tym dziewczynka kończy swoją szychtę i chciałaby się rozliczyć – oczywiście, jeśli nie mamy nic przeciwko temu.

WELL.

Lekki szum po pysznym drinku jest, słońce wyjątkowo dziś świeci, jest wakacyjnie i przyjemnie. A co się będziemy przejmować – mus to mus. Głową muru nie przebijesz, a jak jest jakaś rezerwacja, no to zostaje nam się tylko ewakuować.

To nasz ostatni dzień, ostatnie godziny w Nowym Jorku. Nie będziemy się nakręcać – nie ma o co.

Korzystam z tych chwil, bo wiem, że teraz to nie za prędko wylecę w tak daleką podróż. Po prostu, trzeba posiedzieć na dupie i trochę popracować.

No jeszcze zostają do załatwienia sprawy rodzinne, które ciągną się jak przysłowiowy smród po gaciach. Jak sobie pomyślę, od razu mnie wkurw totalny bierze.

Widać taka karma.

No dosyć tego wywodu o tym, co mnie czeka a co nie. Wiem już na 100% jaki będzie kolejny kierunek, ale o tym na razie pisać nie mogę.

Wracając do Lusy’s baru.

– A czy na dachu tego lokalu bar jest otwarty? – pytam

– Ależ oczywiście, zapraszam – odpowiada nasza kelnerka

– To co kochani? Ewakuujemy się, czy idziemy na górę, żeby już nigdzie się nie włóczyć? – pytam

– Zostańmy już tutaj – słyszę – nie ma sensu chyba już gdziekolwiek chodzić

No to ruszamy na wskazany taras, zwany Top Roof bar i usadawiamy się przy stoliku z widokiem na główną ulicę.

Czuję klimat.

– Co by tutaj zamówić?

– A może to co mają tamci na stole – mówi kolega

– A wiesz, że mogę spróbować – stwierdzam, bo takiego wynalazku jeszcze nie piłem.

Nie wiem jak się po tym będę czuć, ale raz się żyje.

Przychodzi sympatyczna pani i z bananem na gębie pyta (już pisałem, wszyscy są tutaj uśmiechnięci i mili):

– Co dla Was chłopaki?

– Poprosimy to co mają tamci na stole – odpowiadamy

– A Beergaritas – pyta

– Tak dokładnie 3 razy – odpowiadamy, bo nasza koleżanka też się podkleja.

I to był strzał w dziesiątkę na zakończenie mojej przygody z NYC. Olbrzymi drink w skład którego wchodzi choice of corona or corona light served upside down in a massive frozen margarita filled goblet za całe 10$, a pije się i pije.

Trzeba przyznać, że w tym mieście jest nieograniczona ilość lokali i serwowanych drinków, rodzajów piw i innych napojów.

Można się dobrze bawić i niestety szybko uszczuplić swój portfel. No tanio nie jest.

Obowiązkowo poza wyskokowymi drinkami należy spróbować shake waniliowego i to najlepiej w jakiejś stylizowanej na lata 40 kafejce – nie mam pojęcia ile to miało kalorii, ale było pyszne.

Ale coś za coś.

Tik tak tik tak – czas płynie, robi się milusio a przecież jeszcze trzeba odebrać bagaż z przechowalni!!!!!!!

 zbliża się godzina szczytu i będzie problem z taksówka na lotnisko.SICK

Data wpisu by Julek in Jedzeniowo, Lifestyle, Nowy Jork, USA, Wędrówki Umysłu

About Julek

Jestem podróżnikiem, trochę marzycielem. Ścigam się z czasem, aby za życia zwiedzić jak najwięcej. Tworzę swoją własną historię. Przyłącz się.

  • Gość

    Jaki smakosz z Ciebie

  • teszek01

    Jak mus to mus – odmawiać nie wypada.

  • Oj tam kalorie, zyskałeś energię do imprezowania po drugiej strony Atlantyku ;]

Translate »